|
Nie mają drewnianych nóg, przepasek na oczach i żeglują po bezkresie internetu. Wciąż są awanturnikami, walczą o legalizację piractwa, anonimowość internautów. Zamiast skarbów chcą rabować wielkim koncernom prawa autorskie. Szykują się do abordażu europarlamentu.
ak wygląda pirat: pije rum, ma drewnianą nogę, przepaskę na oku, często
hak zamiast dłoni. Jest dziki, zły i chciwy. Taki wizerunek utrwaliło w
nas wiele filmów, które można nielegalnie ściągnąć z internetu.
Właśnie. Dzisiejsi piraci zamiast dokonywać abordaży i szukać awantur w
portowych knajpach, wypłynęli na wirtualne wody i zajmują się walką z
prawem autorskim ograniczającym wolność ściągania filmów, muzyki i
oprogramowania. Zjednoczyli się nawet w Polskiej Partii Piratów.
Chłopaki na umrzyka skrzyni...
Kiedy 25-letni warszawiak Błażej Koczorowski półtora roku temu zakładał
forum nieformalnej Partii Piratów, odzew internautów przerósł jego
oczekiwania. Mimo że partia nie istniała, zapisało się do niej półtora
tysiąca ludzi z całej Polski. Internauci chcieli pomóc, aby inicjatywa
ruszyła. Udało się. Polska Partia Piratów właśnie została
zarejestrowana.
Ruch piracki nie jest pomysłem polskich studentów, to inicjatywa
międzynarodowa. Nie ma nic wspólnego z piratami drogowymi, ani tymi od
podrabianych programów komputerowych. Nazwa ma być kontrowersyjna, bo
bez tego teraz ciężko zaistnieć. – Gdybyśmy nazywali się Partia
Społeczeństwa Informacyjnego, to nikt nie zwróciłby na nas uwagi –
tłumaczy Koczorowski.
Do rozpoczęcia działalności w Polsce Koczorowskiego natchnęła
wiadomość, że koncerny ze Stanów Zjednoczonych naciskały na policję w
Szwecji, aby zamknęła szwedzki serwer. Zainteresował się sprawą. Dotarł
do anglojęzycznej strony internetowej Partii Piratów. Okazało się, że
działa tam polskie forum. Niewielkie, bo tylko z dwoma użytkownikami.
Postanowił je rozkręcić.
Jednym z pierwszych problemów, którym zajęli się piraci, były naloty
policji na studenckie akademiki w poszukiwaniu nielegalnych programów.
– W wielu wypadkach ludzie byli niewinni. Udało się nam kilka osób
uratować przed procesem – mówi Jakub Laskowski, także członek Partii
Piratów. – W Polsce sprawy za korzystanie z oprogramowania niezgodnie z
licencją w 90 procentach przypadków kończą się ugodami. Firmy podpisują
porozumienie na ułamek kwoty, której się domagały, tyle że użytkownik
musi podpisać pismo, że złamał prawo. I to kończy sprawę – mówi
Koczorowski.
Ho, aj, ho! A w butelce rum...
Polscy piraci będą walczyć o prawo do prywatności i anonimowości, a co
za tym idzie – o niewprowadzanie unijnych przepisów dotyczących
obowiązkowej retencji danych o internautach (czyli gromadzenia
informacji o nich). – Internet powinien zapewniać anonimowość, tak jak
ustawa o Poczcie Polskiej – podkreśla Koczorowski.
– Listonosz nie ma prawa otworzyć naszego listu, a w internecie jest
inaczej. Wysyłasz wiadomość, a jej treść i to, gdzie jest wysyłana,
zapisane zostają na serwerze. Nie powinno się zakładać z góry, że każdy
jest przestępcą. Niefachowe gromadzenie danych osobowych niesie ze sobą
wiele zagrożeń. Na całym świecie zdarza się, że giną dyski z danymi
milionów ludzi. Dostają się w nie wiadomo czyje ręce – wtóruje koledze
Laskowski. W programie partii znalazła się też legalizacja piractwa,
walka z prawem autorskim wielkich koncernów – co w dzisiejszych czasach
pachnie małą rewolucją. Interesuje ich również wolne oprogramowanie w
szkołach.
– Młodzież powinna uczyć się na temat oprogramowania zamkniętego: firmy
Microsoft oraz otwartego. Po to, aby licealista, który opuszcza szkołę,
wiedział, że ma alternatywę – twierdzi Dominik Łabudziński, też „pirat”.
Piją na zdrowie...
Piraci są także za tworzeniem Wolnych Podręczników (książki pisane
przez samych nauczycieli). Ich zdaniem, są one najlepszym sposobem na
załatwienie problemu drogich podręczników. Nie obawiają się oburzenia
ze strony autorytetów, które je tworzą. Swoich sprzymierzeńców planują
szukać wśród rodziców, którzy co roku wydają coraz większe sumy na
książki.
– Przykładem na to, że Wolne Podręczniki są dobrym rozwiązaniem, jest
Wikipedia. Okazuje się, że encyklopedia tworzona przez internautów
zawiera mniej błędów niż słynna Encyklopedia Britannica. I zostało to
potwierdzone w obiektywnych, niezależnych testach – twierdzi Laskowski.
Ale czy do planowanych zmian prawnych konieczna jest partia polityczna?
– Chcemy stworzyć pierwszą partię działającą w całej Unii Europejskiej.
I bronić Unię przed takimi bublami jak patenty na oprogramowanie –
zaznacza Koczorowski. – Poza tym jako partia polityczna możemy działać
efektywniej. Są grupy, które robią rzeczy podobne, działając jako
stowarzyszenia, ale nie mają siły przebicia.
...resztę czart uczyni! Ho, aj, ho!
– Ciekawe, który polityk odważyłby się powiedzieć, że 10 mln ludzi w
Polsce to złodzieje. A przynajmniej tyle osób korzysta z nielegalnego
oprogramowania. Przed ostatnimi wyborami zastanawiałem się, na kogo
zagłosować. Żadna partia nie wypowiada się na temat internetowych
regulacji. A jak już, to bardzo enigmatycznie – mówi Koczorowski.
Nowa partia nie liczy, że zagrozi jakiemuś ugrupowaniu. Nie to jest jej
celem. Nie chcemy władzy, zależy nam na zmuszeniu polityków do
ustanowienia odpowiednich przepisów – mówi lider partii. – Wychodzimy
naprzeciw oczekiwaniom internautów stanowiących spory procent wśród
wyborców.
Piraci zdają sobie sprawę, że ze względu na nazwę mogą być niepoważnie
traktowani. Jednak takich partii w Europie jest pięć, a na całym
świecie ponad 20.– Nie jesteśmy znikąd. Ten pomysł się sprawdza.
Spotykamy się co pół roku na szczeblu międzynarodowym. Omawiamy
problemy w poszczególnych krajach i metody ich rozwiązywania – tłumaczy
Dominik Łabudziński. – Teraz rozpoczynamy budowanie struktur
wojewódzkich i przygotowujemy się do wyborów do europarlamentu.
Osoby, które chcą się przyłączyć do pirackiej partii, deklarację
członkowską ściągną ze strony www.partiapiratow.org.pl. Należy ją
wydrukować, wypełnić i przesłać do biura przy ul. Krakowskie
Przedmieście 79/301. żródło - www.zw.com.pl
|